Klient nasz pan

wozek

Nastała ta chwila, kiedy lodówka nie jest tak pełna jak na początku miesiąca. Wyciągam kartę – tą na ostatnią chwilę. W swojej super, wypasionej furze czuję się bosko. Muzyka w radiu średnia, ale najważniejsze ze pogoda sprzyja, słońce świeci tak, że nie widzę innych aut. Jestem królową szos. Mój relaks kończy – parkuję pod sklepem. Tu zaczynam manewry miedzy samochodami a pieszymi. Piesi, którzy nie wiedzieć czemu zawsze idą środkiem ulicy. Ale to nic, przecież pogoda jest wymarzona na spędzenie dnia w markecie. Zależy mi żeby szybko wrócić i nacieszyć lico słońcem, wiec plan zakupów jest już dawno ułożony. Wkraczam na salony. Najpierw muszę zwolnić tempo – inni spacerowicze najwidoczniej wolą cieszyć się z orzeźwiającego światła sklepu. Brakuje mi cierpliwości:
- przepraszam – mówię z uśmiechem na facjacie, bo ten dzień jest piękny, przecież….
Nie słyszą, więc znowu nieco głośniej:
- PRZEPRASZAM – zadziałało i przy okazji dostało mi się jednym z tych spojrzeń „oglądamy, promocja jest…”
Wkładam do koszyka całą listę zakupów i ruszam w stronę kas. Tam jak zwykle największe poruszenie… nawet promocja nie wprowadza tyle zamieszania co KASA. Ludzie biegają od jednej do drugiej, oceniając ilość produktów jaką ma „ten przed nimi”. Stoję, udało mi się, przede mną tylko jakieś dwie Panie. Szybko mi zejdzie uffff.
Nic bardziej mylnego, jakie dwie?? Pojawia się małżeństwo, które wcześniej wyłożyło już część swoich produktów na ladę, a w międzyczasie rozproszyli się po resztę produktów ze sojej listy zakupów -a to lisy… Pani przede mną ma maks 40 lat, sapie sobie za każdym razem jak małżeństwo dokłada kolejny produkt na ladę.
Małżeństwo i ich strategia „na rezerwacje” jeszcze było ok, ale sapanie powoduje, że jakimś cudem mój wspaniały nastrój zaczyna znikać. Olać to, po co się nakręcać sapiącą babą. Jak tylko uspokoiłam nerwy:
Pani :AKSIUUUUUUUUU-  Uśmiechnęła się w moją stronę, gdy tylko zauważyła że przyjęcie na klatę takiej ilości drobnoustrojów średnio mi się podobało.
W duchu oczywiście przeklinam… „No bo mama nie mówiła żeby ręką zasłaniać buzię”. Ok, nie róbmy dramatu. To tylko kich. Przecież już dawno nie byłam chora. Mama nauczyła cię co w takich wypadkach się robi, ach tak:
Ja: Na zdrowie
Pani:  Dziękuje, ale na zdrowie to to nie będzie, już ze trzy tygodnie mnie trzyma. – Pociesza mnie.
Moje oczy krzyczą NIEEEE!!! i robią się coraz większe. Pani widząc moje przerażenie, pociesza dalej:
- Niech Pani się nie martwi, teraz to wszyscy chorzy, taka pogoda – i tu w mojej głowie leje się nie zliczona liczba przekleństw.
Pan stojący za mną na dziale mięsnym był o tyle miły, że zatrzymał swoją wydzielinę dla siebie, robiąc… fryyyk – nawet nie wiem jak ten dźwięk zapisać… no po prostu wciągnął… blech brbrbrbr
Już mam opuścić sklep, gdy nagle dostaje mi się koszykiem po nogach – to pewnie za zbyt szybkie poruszanie się po sklepie. Wracając, w aucie myślę nad zachowaniem ludzi i moim. Podsumowuję, że i tak nie było tak źle. Dzisiaj jedynie dostałam smarki i rzeźnicki pedikiur gratis, zawsze to więcej niż Pani kasjerka, która na słowa „Dzień dobry” nie otrzymuje nic.

Komentarze do “Klient nasz pan

  1. Paula.

    Zamiast obowiązkowego kursu BHP dla pracowników, którzy mają kontakt z klientem, na pierwszym miejscu powinien być kurs savoir vivre (KIEROWCY MPK!)